Alergolog w Opolu lek. med. Zbigniew Kurzyca, alergia, poradnia, astma, pediatra, alergolog, opole, alergie, poradnia alergologiczna, lekarz

Echa prasowe

16.01.2015
Małgorzata Solecka
Kurier mp.pl

Kurz opadł. Wszystkie gabinety lekarzy POZ pracują pełną parą. Zresztą – czy ktoś jeszcze pamięta o wojnie sprzed niespełna tygodnia dziś, gdy rządowi wygrażają pięściami górnicy, a kurs franka poszybował ponad granicę 5 złotych?

Dla mediów, dziesięć dni temu żywiącymi się zapowiedzią strajku lekarzy, relacjonującymi live dramat ojca dziecka z katarem, przed którym lekarz zamknął drzwi poradni, ochrona zdrowia i jej problemy przestały być tematem ważnym. Patrząc na sposób relacjonowania konfliktu wokół poradni POZ – to nawet lepiej.

A jak było?
Jeszcze w połowie grudnia media nie są pewne, po czyjej stronie stanąć. Wiele tytułów powiela informacje z otoczenia premier Ewy Kopacz o możliwym zdymisjonowaniu Bartosza Arłukowicza. Ale dni mijają, dymisji nie ma, za to w ministerstwie trwa, z mniejszym lub większym sukcesem, przeciąganie liny między lekarzami POZ a ministrem zdrowia. Redakcje schylają się po każdą „wrzutkę”. No bo skoro wiceminister Sławomir Neumann mówi, że porozumienie zostało osiągnięte, to dlaczego tego nie „wrzucić” na portale? A że za trzy godziny będzie dementi ze strony organizacji zrzeszających lekarzy? Cóż to szkodzi, będzie kolejna informacja, następne odsłony, ludzie będą klikać, a kasa z reklam zasili budżet wydawcy. Taka papka informacyjna, zamulająca mózg. Nic specjalnego. Wtedy jednak Arłukowicz jest ciągle ministrem na potencjalnym wylocie.

Minister bez sukcesów, autor powszechnie krytykowanego pakietu onkologicznego, bohater „afery kilometrowej” – powodów do tego, by dziennikarze w sporze Arłukowicza z lekarzami Porozumienia Zielonogórskiego stanęli z boku – tam gdzie ich naturalne miejsce – jest naprawdę sporo. Ze zdumieniem można jednak obserwować, jak jeden po drugim meldują się na wyznaczonych – przez ministerstwo – pozycjach.

Powód?
Przede wszystkim – rozłam wśród lekarzy. Dziennikarze, jak zapewne większość opinii publicznej, nie rozumieją, dlaczego warunki ministerstwa odpowiadają Porozumieniu Pracodawców Ochrony Zdrowia, które w połowie grudnia decyduje się zakończyć negocjacje i zaakceptować propozycje resortu, a nie odpowiadają – Porozumieniu Zielonogórskiemu. I bez trudu dają się wpuścić w podsuwany przez Bartosza Arłukowicza korytarz: „szantaż, szantażyści, próbują wyrwać więcej niż inni (!), co roku szantażują, szantaż, szantaż, stawiają nowe warunki, porozumienie było blisko, a oni zerwali rozmowy”.

Tylko niektórzy reporterzy zadają sobie trud, by przypomnieć fakty: na przykład to, że minister zdrowia ostatnie rozporządzenia, określające warunki udzielania świadczeń w ramach pakietu onkologicznego, podpisywał pod koniec listopada, wcześniej tylko formalnie konsultując je z organizacjami lekarskimi. W tym kontekście zmiana oczekiwań w końcowej fazie negocjacji przestaje być tak dziwna, niezrozumiała i gorsząca – ale w mediach mało kto się tym przejmuje. „Szantaż” brzmi znacznie lepiej i znacznie lepiej się sprzedaje.

Po 28 grudnia i ostatecznym fiasku negocjacji media in gremio stają po stronie Arłukowicza. I naprawdę nie jest największym problemem to, że w gazetach wydawałoby się opiniotwórczych po oczach biją tytuły rodem z tabloidów o „nieugiętym ministrze”. Nie chodzi o te łzawe relacje spod zamkniętych drzwi przychodni, od których odbijają się rodzice dzieci z katarem. Nie chodzi nawet o zdjęcia oblężonych izb przyjęć i szpitalnych oddziałów ratunkowych. Problemem jest to, że niemal nikt nie stara się wyjaśnić genezy problemu.

Niektóre media owszem, pytają ekspertów. Widz, ale tylko taki podpięty pod TVN24 czy TVP Info jak pod kroplówkę, ma szansę dowiedzieć się czegoś więcej – media, by wypełnić czas, muszą zapraszać ekspertów... Ale ekspertom też trzeba umieć zadawać pytania. A te ograniczają się w zasadzie do dwóch: „kiedy minister złamie opór lekarzy?” i „kiedy lekarze otworzą przychodnie?” Trudno uznać je za inspirujące pytania, prawda?

Jeśli dziennikarze o coś jeszcze pytają, to o finanse: „ile zarabia lekarz rodzinny, że ciągle mu mało?”, „ile trzeba byłoby dołożyć lekarzom, żeby byli zadowoleni?”. Nie ma dyskusji ani o odpowiedzialności, jaka spoczywa na lekarzach podstawowej opieki zdrowotnej – a przecież zakres tej odpowiedzialności po wprowadzeniu pakietu onkologicznego jeszcze wzrośnie. Lekarze nie dostają szansy powiedzenia, jak wygląda ich praca: osiem godzin dziennie (czasem więcej), średnio 25-26 pacjentów. Kwadrans, średnio, na jednego pacjenta. Przy dwudziestym trzecim trzeba być tak samo precyzyjnym i uważnym jak przy pierwszym czy drugim. Media nie chcą słuchać, nie słyszą – że po zmianie przepisów kwadrans może zredukować się nawet o połowę. W podstawowej opiece zdrowotnej pacjent na wizytę u lekarza nie może czekać więcej niż dwa, trzy dni. A przecież liczba pacjentów się zwiększy, i to znacząco...

Polska Agencja Prasowa dzień po dniu zarzuca serwisy informacjami, jaki procent lekarzy w każdym z województw zdecydowało się na podpisanie kontraktów. Depeszy są dziesiątki. Razem z komunikatami ministra zdrowia, że Narodowy Fundusz Zdrowia pracuje w czasie kryzysu do północy (czy ktoś zapytał ministra, po co?) a kontrakty podpisują nawet liderzy PZ w regionach (udowodnione kłamstwo) tworzy to wrażenie, że Porozumienie Zielonogórskie słabnie w oczach i protest lekarzy załamie się lada moment.

Dziennikarze ograniczają się do spisywania i nagrywania wypowiedzi. Minister powiedział to. Wiceminister dorzucił to. Prezes Porozumienia Zielonogórskiego odpowiedział tamto.

Nikt niczego nie liczy. Nikt niczego nie sprawdza. Nikt nie podchwytuje – na przykład – tematu, że w mediach ukazują się płatne ogłoszenia lekarzy, którzy podpisali kontrakty na 2015 rok, ale solidaryzują się z Porozumieniem Zielonogórskim. Takie ogłoszenia wielu lekarzy umieszcza też na swoich profilach w mediach społecznościowych. W mediach – cisza w temacie.

Nie ma miejsca na dyskusję, jakie są przyczyny protestu Porozumienia Zielonogórskiego. Że zamiast poprawić system, który kuleje od lat, ministerstwo zabrało się za leczenie objawu choroby, czyli kolejek. Nie ma refleksji, że być może uda się ten objaw złagodzić, że być może część pacjentów zyska – ale choroba dzięki temu nie zniknie. Że dobry lekarz leczy przyczyny, nie tylko objawy choroby.

Mało komu chce się sięgnąć pamięcią do jesieni 2007 roku i porozumienia wyborczego, jakie Donald Tusk zawarł z Porozumieniem Zielonogórskim. Jeśli już ten wątek pojawia się w mediach, to jako anegdota, złośliwość pod adresem Platformy Obywatelskiej. Nikomu nie chce się spojrzeć na treść porozumienia i pokusić się o wnioski – na przykład, czy zostało ono zrealizowane, czy też może ktoś kogoś „wystawił”.

Niemal nikt, poza jednym wyjątkiem, nie próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy oskarżenia ministra zdrowia o to, że lekarze liczą pieniądze i są „bardziej biznesmenami niż lekarzami” mają jakikolwiek sens w sytuacji, gdy jednym z priorytetów reformy wprowadzonej w 1999 roku była całkowita prywatyzacja praktyk lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Gdy urzędnicy – ministerialni, ale też samorządowi – przez kilkanaście lat robili wszystko, by podstawową opiekę zdrowotną sprywatyzować. To również oznacza – przerzucić 100 procent ryzyka ekonomicznego związanego z funkcjonowaniem tego segmentu systemu na lekarzy, bądź właścicieli prywatnych przychodni. Jedynym wyjątkiem w mediach głównego nurtu który zaskoczył chyba wszystkich był Jacek Żakowski. Felieton „Białe misie” wśród innych publikacji z początku stycznia 2015 roku jaśnieje niczym Gwiazda Betlejemska.

Ale z kolei znana z wyważonych sądów i niezwykłej wręcz rzetelności ekonomicznej Joanna Solska, publicystka „Polityki” (a więc redakcyjna koleżanka Żakowskiego) formułuje na antenie TOK FM tezę, że „lekarze rodzinni pierwsi i hurtem doszli do wniosku, że reforma otwiera szansę na niezły biznes. I to był niezły biznes przez kilka lat, kiedy rosła składka do NFZ”. Lekarze rodzinni pierwsi doszli do wniosku, że reforma otwiera szansę na niezły biznes... Co prawda wcześniej, bez związku z reformą, do wniosku, że dobrze jest mieć prywatne gabinety, doszło niemal 100 proc. stomatologów i większa część ginekologów, okulistów, dermatologów i laryngologów, ale to lekarze rodzinni po kilkunastu latach inspirowanej przez urzędników prywatyzacji podstawowej opieki zdrowotnej jawią się jako ci, którzy „poszli w biznes”. Joanna Solska jednak próbuje przynajmniej wyważać racje i podkreślała, że w sytuacji, w której lekarz działa wyłącznie na swój rachunek, trudno mu się dziwić, że walczy o rentowność swojej przychodni czy gabinetu.

Dominika Wielowieyska nie ma takich dylematów. Publicystka „Gazety Wyborczej” stwierdza: „Jestem za tym, by rząd Ewy Kopacz i minister Arłukowicz nie ustępowali Porozumieniu Zielonogórskiemu, nie podejmowali z nim żadnych negocjacji, bo co roku odbywa się ten sam szantaż”. Wielowieyska nie pamięta, albo pamiętać nie chce, swoich wypowiedzi z 2007 roku, gdy przez Polskę przetaczały się protesty lekarzy i bardzo prawdopodobny był ogólnopolski strajk. „Jeśli władza nie zapewni lekarzom godziwych warunków, nie będzie miał nas kto leczyć” – mówiła na antenie „Trójki”.

Ale lekarze pamiętają. Pamiętają też inny tekst Dominiki Wielowieyskiej, która w 2012 roku, gdy protestowali przeciw zapisom w ustawie refundacyjnej, m.in. nakładającym na nich obowiązek weryfikowania prawa pacjenta do refundacji leków pod groźbą kar finansowych, ostro ich zaatakowała na łamach „Gazety Wyborczej”. Lekarze nie zgadzali się wtedy też na obarczanie ich finansową odpowiedzialnością za systemowy problem, jakim są zapóźnienia w informatyzacji ochrony zdrowia. Większość wymagań, stawianych przez ustawę refundacyjną, nie byłaby problemem, gdyby placówki ochrony zdrowia i płatnik miały odpowiednie oprzyrządowanie informatyczne. Wielowieyska, współautorka tekstu, pisała m.in. „Lekarzy wkurza też, że różni chorzy inaczej płacą za leki, a oni muszą tego pilnować. Przewlekle chory może je kupić taniej, bo przyjmuje więcej leków niż ktoś chorujący od czasu do czasu. Nikt nie zakwestionuje tego, że państwo powinno takim chorym pomagać bardziej, bo cukrzyk czy astmatyk wydaje na leki znacznie więcej niż ktoś, kto złapie grypę.” Schodząc do poziomu felietonu sprzed blisko trzech lat, można byłoby napisać, że najbardziej wkurzające jest mieszanie grypy z astmą. Na grypę niezwykle rzadko przepisuje się leki refundowane. Paracetamol i piryny, tak samo jak witamina C, są dostępne bez recepty. Nic dziwnego, że lekarze po tym tekście mocno się na „Gazetę Wyborczą”... zdenerwowali.

To wszystko – 5 stycznia. Kulminacja jak w Lotto, zwłaszcza gdy po południu minister wprowadza coś na kształt stanu wojennego w ochronie zdrowia. Konferencja z wojewodami (czy ktoś zadał pytanie, dlaczego z tylko wojewodami, skoro za funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia odpowiadają władze samorządowe wszystkich szczebli?), pomoc szpitali MON i MSW, zarządzenie o wyjazdach karetek pogotowia do stwierdzania zgonów... Tu minister przeholował, albo ratownicy mają lepsze „przełożenie” na media niż lekarze rodzinni, bo nawet „Gazeta Wyborcza” otwarcie krytykuje pomysł. W każdym razie – jest jasny komunikat: dopóki nie otworzą gabinetów, rozmów nie będzie.

Jakież zaskoczenie 6 stycznia. Konsternacja wręcz. Minister zaprasza Porozumienie Zielonogórskie, bo... wszystkie gabinety POZ są zamknięte, więc można rozmawiać. Nikt nie zadaje pytania, dlaczego tego samego fortelu nie użyto 3 i 4 stycznia? W weekend też przychodnie były zamknięte.

Kilkanaście godzin negocjacji – i koniec.
Nie tylko pacjenci oddychają z ulgą. Dziennikarze też. Napracowali się. Jeszcze tylko zrelacjonować, co powiedział minister, co powiedzieli lekarze, co na to powiedział minister, a co odpowiedzieli lekarze. I może jeszcze jeden głos pacjenta, żeby było „human story”. I wystarczy. Protest zakończony. Są inne tematy, bardziej interesujące niż szantażyści w białych kitlach, którzy nagle przeistoczyli się z powrotem w lekarzy.
 

ANKIETA

W tej chwili nie prowadzimy żadnej sondy
SPECJALISTYCZNA PRAKTYKA LEKARSKA Alergologia Dr Kurzyca, 45-759 Opole, ul. Wróblewskiego 38, tel. 077 474 68 54, 0508 239 009, rejestracja@poradnia-alergologiczna.pl
© 2006-2015